Hel 27.11.2010 – 3.47, czyli ciężkie jest życie ornitologa

Każdy wie, że obserwowanie ptaków wymaga poświęceń. Kto jeszcze tego nie wie, dowie się prędzej czy później. Obserwator ptaków (zwłaszcza ten uzależniony od środków publicznego transportu) na ołtarzu swoich zainteresowań musi złożyć m.in. cenne godziny snu. 27 listopada w praktyce wypróbowała to EEK (i nie chodzi tu o koronę estońskę, lecz o Ekipę Ekstremalnych Kosiarzy, złożoną z Magdy, Zuzy i piszącego te słowa). W tym trzyosobowym gronie mój ekstremizm, przejawiający się wstaniem o 4.10, okazał się najłagodniejszy – największym ekstremistą była Zuza, która powstała ze snu już o 3.20. Jednak jako że to Magda jest Prezesem, za oficjalne rozpoczęcie dzisiejszej aktywności uznano jej zakończenie nocnego spoczynku, przypadające na godzinę 3.47. Zjednoczenie naszych sił dokonało się w Redzie, gdzie dołączyłem do reszty EEK i wspólnie kontynuowaliśmy naszą podróż do Helu, gdzie przybyliśmy o 7.26.

Po przekonaniu się, którędy w przyszłości chodzić nie należy, dotarliśmy do plaży na cyplu i zajęliśmy strategiczną pozycję na ruinach stanowiska ogniowego. Pierwotnie byliśmy wystawieni na niekorzystne warunki atmosferyczne – wiatr i nabierające na intensywności opady śniegu – jednak po pewnym czasie dokonaliśmy przegrupowania sił i zajęliśmy nieco bardziej strategiczne pozycje. Magda i Zuza zabunkrowały się (niemal w dosłownym znaczeniu) w miejscu znakomicie osłoniętym od wiatru (niestety częściowo również przed widokiem na morze), natomiast ja przeczesywałem coraz słabiej widoczne bałtyckie fale z nieco wyższego położenia. W trakcie dwóch godzin, jakie spędziliśmy na punkcie, nie zostaliśmy porażeni bogactwem reprezentantów ptasiego świata, aczkolwiek nie mogliśmy narzekać. Uhle nie pojawiały się często, ale gdy już zamajaczyły na horyzoncie, ukazywały się przeważnie w formie stad liczących do kilkunastu do ponad 40 osobników. W porównaniu z nimi markaczki były reprezentowane nadzwyczaj skromnie – udało się wypatrzyć zaledwie jednego przelatującego samca (podobnie liczny był perkoz dwuczuby). Z typowo morskich kaczek nie mogło zabraknąć lodówek, a miłą ozdobą dnia było niewielkie stado edredonów. Dwa razy pojawiły się stada gęsi – jedno było złożone z gęgaw, a drugie z nierozpoznanych przedstawicieli tej grupy ptaków. Szlachary i nurogęsi pływały na wodzie, a od czasu do czasu można było również popatrzyć na ich sylwetki w locie. Jedynym reprezentantem ptaków szponiastych był myszołów włochaty (wypatrzony przez Zuzę), który w sobie tylko wiadomym celu wyraźnie wylatywał na pełne morze. Nury z lataniem (z pływaniem po morzu również) dały sobie dzisiaj spokój, ale honoru ciekawych gatunków broniły alkowate. 4 przelatujących w oddali ptaków nie udało się oznaczyć do gatunku, jednak pozostałe 8, jakie się nam pokazały, były nurzykami (w tym 1, który przelatując stosunkowo blisko brzegu wywołał wybuch wyjątkowo silnego entuzjazmu wśród żeńskiej części EEK – męska akurat poszła zobaczyć, gdzie podział się Piotr, który nadciągnął do Helu pociągiem dla tych, co nie zamierzają poświęcać ptasiarstwu zasłużonego odpoczynku).

Około 10, gdy powoli zaczęliśmy myśleć o przeniesieniu się w kolejne miejsce, pojawił się Jacek Zarzycki – pozostał on naszym towarzyszem przez resztę dnia. Wspólnie opuściliśmy cypel i brzegiem zatoki doszliśmy do portu rybackiego. Poszukiwania mewy bladej nie dały pozytywnego rezultatu, ale za to z bliska udało się nam obejrzeć jej zdecydowanie mniej agresywną kuzynkę – mewę małą – w motylim locie zbierającą pokarm z powierzchni wody. W porcie wojennym tradycyjnie czernice, ogorzałki i perkozy dwuczube, aczkolwiek nie w powalających ilościach. Z Helu przejechaliśmy (dzięki uprzejmości Jacka, goszczącego nas w swoim wehikule) do Jastarni. Tam na zatoczce ośrodka „Posejdon” przebywało ok. 50 łabędzi krzykliwych. Dokładne lustrowanie tego stada przyniosło wymierny efekt w postaci jednego młodocianego łabędzia czarnodziobego – obecność obu gatunków w jednym miejscu pozwoliła na porównanie różnic w wielkości i sylwetce. Poza łabędziami na wodzie pływały czernice, łyski, krzyżówki, pojedynczy świstun, gągoły, nurogęsi oraz szlachary. Na molo rozsiadły się 34 kormorany. Ostatnim etapem naszej dzisiejszej przygody z ptakami była odwiedzina pól w rejonie Swarzewa, gdzie postanowiliśmy zajrzeć pod wpływem informacji o kręcących się tam poświerkach. Widok ośnieżonych pól u części członków EEK obudził wspomnienia związane z wyprawami międzyplonowymi. Mimo długiego wpatrywania się w stado potrzeszczy okupujących lokalne krzewy oraz druty energetyczne, żadnej poświerki wśród nich nie udało się dostrzec. Były natomiast trznadle, mazurki i Szymon Bzoma (pozdrawiamy).

Stopniowo zapadające ciemności skłoniły nas do zakończenia na dzisiaj działań terenowych – z Piotrem pożegnaliśmy się w Rumi, a z Jackiem – w Gdyni Chyloni. Około 16.30 członkowie EEK rozjechali się do domów, uzupełniać niedobory snu.

  • Napisał: Antek Marczewski
  • EEK: Magdalena Hadwiczak, Zuza Pestka
  • Pozostali uczestnicy wycieczki: Piotr Piliczewski, Jacek Zarzycki

Relacja z wycieczki do Ptasiego Raju – 21.11.2010

Po największym sukcesie frekwencyjnym w nowożytnych dziejach KOS-a, jakim bez wątpienia był niepodległościowy obóz w Jastarni (pełna relacja już wkrótce na www), wielkość ekipy penetrującej Ptasi Raj można określić jako dosyć skromną. Jednak nie liczy się ilość, a jakość, a ta była oczywiście pierwszorzędna. Wierni pradawnym maksymom („Nie ma złej pogody, jest tylko ptasiarz źle ubrany” oraz „Pogoda na ptaki jest zawsze dobra lub bardzo dobra”) nie zraziliśmy się sobotnimi deszczami, jakie nawiedziły Pomorze, i w pełnym pogotowiu bojowym stawiliśmy się na miejscu zbiórki. Podróż autobusem minęła nam na miłych konwersacjach między sobą oraz między nami a Panem Kanarem. Tematem drugiej dyskusji było poważne zagadnienie z zakresu topografii województwa pomorskiego, dotyczące przynależności administracyjnej obszaru rozpościerającego się za mostem w Sobieszewie. Efekt końcowy był taki, że Pan Kanar się oddalił, a nasze (oczywiście ważne zawsze i wszędzie) bilety pozostały nieskontrolowane.

Na pętli przy ul. Ornitologów (postulat na kolejne wybory samorządowe  – ulica Ornitologów w każdej gminie!) powitała nas sójka, a gdy weszliśmy głębiej w las otaczający ścieżkę edukacyjną, do komitetu powitalnego dołączyły się sikory (czarnogłówka i czubatka) oraz dzięcioły (czarny i duży). Pierwszym dłuższym postojem na dzisiejszej trasie była wieża obserwacyjna nad Jeziorem Karaś. Tu szału nie było, choć na bielaczki zawsze jest miło popatrzeć (podobnie jak na dwie samice cyraneczki, które ostatecznie okazały się samcem najmniejszej europejskiej kaczki oraz samicą świstuna. Dużo emocji wzbudziły przelatujące myszołów i bielik – ten ostatni w pierwszej chwili przysporzył nam pewnych problemów identyfikacyjnych i najpierw został wzięty za czaplę, a potem za kurnę (cokolwiek to jest).

„Dwie wieże” – tytułem drugiej części „Władcy pierścieni” można by ochrzcić pierwszą część naszej eskapady, bowiem znad Jeziora Karaś przenieśliśmy się do drugiej podobnej konstrukcji, zlokalizowanej na brzegu Jeziora Ptasi Raj. Tu zabawiliśmy dłużej, przeglądając rozległą taflę akwenu. Intensywne przepatrywanie przyniosło owoce w postaci czernic, głowienek, ogorzałek, gągołów, bielaczków, nurogęsi, łabędzi niemych i kormoranów. Oglądanie życia naszych blaszkodziobych przyjaciół skłaniał do refleksji i stawianie pytań o głębokim wymiarze egzystencjalnym („Jak myślicie, czy gągoły całują się pod wodą?”). Duża liczba ptaków powodowała niekiedy problemy związane ze wskazaniem dokładnej lokalizacji danego osobnika lub osobników („Tam! Nie tamto tam!”). Wiele radości dostarczyła nam obserwacja stadka żerujących w trzcinowiskach wąsatek.

Po szukaniu ptaków na lądzie i wodach słodkich przyszła kolej na wypatrywanie ich na morzu. Wcześniej widzieliśmy rzeczy, których raczej wolelibyśmy nie oglądać – psa hasającego radośnie bez smyczy po leśnym terenie rezerwatu, a potem dwóch zawodników na motorach crossowych (oczywiście bez rejestracji), którzy ścieżką wjechali na plażę i z rykiem silników oddalili się w kierunku Świbna. To nieco nam popsuło humory, jednak 300 uhli i ponad 100 perkozów dwuczubych nieco je poprawiło. Uporczywe wpatrywanie się w zamgloną linię horyzontu pozwoliło na dopisanie do listy widzianych ptaków trzech nierozpoznanych nurów. Zdecydowanie milej zachowali się ich mniejsi krewniacy – perkozy rogate. Trójka tych sympatycznych ptaków pływała stosunkowo blisko brzegu, pozwalając się oglądać bez pomocy lunety. Nie zabrakło oczywiście wszędobylskich mew (siodłatej, srebrzystej, pospolitej i śmieszki) i „słitaśnych” lodówek. Wizyta na plaży stanowiła również okazję do lepszego poznania się uczestników wyprawy – teraz wiemy, kto darzy miłością geografię fizyczną i błotniaki stawowe, kto jest zauroczony dzięciołami, a kto jest wielkim miłośnikiem siewkowców.

Gęste zarośla rokitnika przy nasadzie falochronu okazały się miejscem żerowania stadka czeczotek (niestety nie było wśród nich żadnego osobnika, którego można by było podejrzewać o bycie czeczotką tundrową). Widzieliśmy tu również rzadki o tej porze roku widok – jaskółkę. Rozpoznanie gatunku, na podstawie zdjęcia, pozostawiamy osobom czytającym tę relację.

 

    Jaskółka sp.  – rzadki widok na Wybrzeżu w listopadzie.

Niestety wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć. Dlatego nieco niechętnie ruszyliśmy groblą, która powiodła nas do ścieżki prowadzącej z powrotem ku pętli autobusowej. Po drodze udało nam się spotkać jeszcze nasz herbowy gatunek (dla niewtajemniczonych – kosa), którego przedstawicielowi niechcący przeszkodziliśmy w konsumpcji. Po dotarciu na przystanek sami się jej oddaliśmy, po czym ruszyliśmy w stronę Gdańska.

W wiekopomnej wyprawie do Ptasiego Raju udział wzięli:
Magda Hadwiczak, Zuza Pestka, Marta Nowacka i autor relacji.

Wyprawę dla potomności opisał:
Antek Marczewski

WYJŚCIE TERENOWE DREWNICA – MIKOSZEWO

21 marca odbyło się wyjście na ptaki w okolice wsi Mikoszewo leżącej na południe od Ujścia Wisły na tamtejsze łąki. Na miejsce zjawiliśmy się ok. godziny 9-tej w miejscowości Drewnica w składzie: ja oraz Magda H. Początkowo nasz optymizm dotyczący dużej ilości ptaków został skonfrontowany z brutalną rzeczywistością. Poza niekończącą się ilością skowronka Alauda arvensis nie zaobserwowaliśmy nic ciekawego. Po dłuższej chwili na niebie pojawił się młody bielik Haliaeetus albicilla. Dopiero w niedalekiej okolicy Mikoszewa na otwartym terenie miedzywala nasze ptasie modlitwy zostały wysłuchane. Mieliśmy okazje obserwować następujące gatunki w liczbach:

  • świstun Anas penelope – ok. 400-500
  • krzyżówka Anas platyrhynchos – ok. 300-400
  •  rożeniec Anas acuta – 2
  • gęsi: zbożowa Anser fabalis, białoczelna Anser albifrons, gęgawa Anser anser, których udało nam się oszacować łącznie do ok. 2000 szt.
  • czajka Vanellus vanellus – ok. 200
  • kulik wielki Numenius arquata niestety tylko słyszany

Po drugiej stronie Wisły, u wejścia do śluzy w Przegalinie, widzieliśmy stado ok. 400 czernic Aythya fuligula. Oprócz wyżej wymienionych gatunków również były widziane następujące: gągoł, nurogęś, kormoran, szpak, czapla siwa, łabędź niemy, mewa śmieszka, mewa pospolita.

Piotr Nagórski

 

Widok na podmokłe łąki w międzywalu Wisły

Relacja z wyjścia Rozewie-Władysławowo

Wyjście odbyło się 21-wszego listopada (sobota) w atmosferze pięknej pogody. Po długich roszadach

w końcowych rozrachunkach do wyjścia przystąpiły 2/3 zarządu czyli Magda i Beata oraz moja

skromna osoba… Reszta planowanych osób zwyczajowo wymiękła – cieniasy. Plan był taki, że

Beaty rodzice fajnym trafem tego dnia wybierali się na półwysep helski, więc zabraliśmy się z nimi.

Po krótki komplikacjach związanych z niemożnością odnalezienia się w SKM miedzy mną a Magdą

dotarliśmy jakoś do Gdyni Cisowej. Stamtąd wyruszyliśmy już na Rozewie w dobrych humorach.

Na miejscu zaczęliśmy „czesanie” lustra wód Bałtyku. Na sam początek mieliśmy sporą gromadkę

lodówek, trochę krzyżówek, pojedyncze szlachary i markaczki. Wraz z przesuwaniem się w

kierunku Władka napotykaliśmy coraz większe zgrupowania kaczek z dużą przewagą liczebną

lodówek. Niestety jakoś w połowie trasy czar prysł i wraz ze zniknięciem kaczek pojawiły się

mewy i stonka turystyczna. Dla odmiany po namowie Magdy próbowaliśmy odczytać jakieś

plastiki na mewach, ale nie dość, że nie było takich z plastikami to były ledwo dwie z metalami

których nie udało się odczytać. W dobrych humorach dotarliśmy do portu we Władku i tam

postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na herbatę, podpatrując rybaków przygotowujących kuter.

Po krótkiej przerwie postanowiliśmy jeszcze przejść się na drugą stronę portu aby zobaczyć

jak wygląda wybrzeże Bałtyku w kierunku Helu. Niestety ptasi wygląd drugiej strony portu był

mizerny gdyż ptaków na wodzie nie było, poza kilkoma krzyżówkami, kormoranami i lodówkami.

Mewy siedziały daleko i nie chciało nam się do nich podchodzić… Z braku laku Pani Prezes

dobrała się do aparatu Pani wiceprezes i zaczęła się nim bawić… Zaproponowałem przedłużenie

wyjścia o trasę Władek-Puck ale dziewczyny tylko spojrzały na mnie wzrokiem po którym szybko

się wycofałem z propozycji. W drogę powrotną ponownie zabraliśmy się z Beaty rodzicami.

Tak zakończyliśmy ekscytujący wyjazd kołowy… Można mieć tylko nadzieję że frekwencja na

następnych wyjazdach będzie wzrastać…

Na wypadzie zaobserwowaliśmy:

Lodówka – 1500

Krzyżówka – 53

Perkoz dwuczuby – 55

Tracz szlachar – 9

Gągoł – 131

Markazka – 10

P.S.

Pewnie było i więcej ptaków i więcej gatunków ale komu się chciało to liczyć, a tym bardziej

setek juwenalnych mew.

Continue reading

Rewa, Rezerwat Beka 07.11.09

Frekwencja na tym wypadzie nie była powalająca – wszyscy poza mną i Beatą wymiękli. Słabeusze…

Pełne zapału wybrałyśmy się do Rewy. Mimo kobiecej orientacji w terenie trafiłyśmy tym razem bez problemu… W Rewie przywitały nas mewska – przewaga srebrzaków, trochę mew siodłatych i śmieszek; stadko 180 łysek i 20 kaczek krzyżówek. Dalej czekała nas miła niespodzianka – stado około 3500 kaczek – z przewagą ogorzałek i krzyżówek, trochę gągołów. 6 czapli, kormorany. W krzakach latało trochę wróblaczej drobnicy – zięby i dzwonki.

Na popiołach zupełne pustki – 1 samotny srokosz.

W drodze do Rezerwatu Beka widziałyśmy stadko 20 gili, siksy i mysiki, dzięcioła dużego,  1 lagop.

W samej Bece – bielas, myszak, 4 czaple siwe, 48 łabędzi niemych, 40 krzyżówek, ogorzałka, 10 gągołów. Sztorm dał o sobie znać – powyrywane drzewa, świeży piach na wydmach.

Okazało się, że gdy się człowiek śpieszy, to może pokonać odcinek z Beki do Rewy w niecałą godzinę… W drodze powrotnej widziałyśmy lagopa, na popiołach 60 kwiczołów, 20 dzwonków, poznanego już wcześniej srokosza, który dał nam ładne przedstawienie. Zdjęcia już wkrótce.

Do przystanku dobiegłyśmy w ostatniej chwili…

Mam nadzieję, że frekwencja na następnych wypadach dopisze… Zapraszam! Info o aktualnych wydarzeniach – na stronce – “Plan Imprez”, można też dopisać się do naszej listy mailowej.