Jantar 2012

 

Jantar 2012, czyli mini obóz w niepodległościowy weekend

 

 Prolog
 Tradycją KOSa są organizowane w okolicach Święta Niepodległości, coroczne jesienne obozy ornitologiczno-autoedukacyjne. Nie inaczej było w tym roku. Za sprawą mocy nadanej jej przez tytuł prezesa, pani Zuzanna P., wykorzystując swoje kontakty wśród przybrzeżnych społeczności  małomiejskich patrzących przychylnym okiem na szeroko pojętą działalność ornitologiczną młodej braci akademickiej zaplanowała i z sukcesem zrealizowała kolejny Jesienny Obóz KOSa. Tym razem w niewielkiej miejscowości  przybrzeżnej leżącej na wchód od Gdańska – Jantarze.

 Wejście Chóru

 Dla większości ekipy obóz rozpoczął się 9. listopada o godzinie 17. minut 15 wyjazdem z  gdańskiego Dworca PKS. Pomimo, jakby się mogło wydawać, niepopularnego kierunku podróży i nietypowej godziny odjazdu, autobus był
 nadzwyczaj zatłoczony. Okazało się, iż miało to swoje dobre strony – bez problemu udało się znaleźć uprzejme osoby służące pomocą w ustaleniu
odpowiedniego momentu na opuszczenie pojazdu, tak byśmy znaleźli się tam gdzie znaleźć się chcieliśmy. O godzinie 18. minut 12 opuszczamy pokład busa elbląskiej linii na pierwszym jantarowym przystanku.

Chór

Na przystanku, w listopadowych ciemnościach, czeka na nas nasz gospodarz Adam. Postanawia
odciążyć nasze zmęczone siedzeniem ciała i zawozi samochodem do kwatery tobołki oraz kilku
obozowiczów, pozostawiając za sobą garść wskazówek dla reszty ekipy, która do wozu się nie
zmieściła. 8 minut marszu i jesteśmy na miejscu. Zaraz po przydziale pokoi i rozpakowaniu sprzętu, w
piwnicy domku odbyła się narada co do dalszych obozowych planów. Jako, że dzień inauguracji obozu
przypadł w piątek, który jak wiadomo jest dniem pracującym, wieczór obrad zakończył się szybko, aby umożliwić wszystkim odpowiednią regenerację.

 Akt I

 Wymarsz w teren następuje z samego rana, czyli o 8. minut 30. Pierwszym celem jaki
 obraliśmy była jantarowa plaża. Pogoda dopisała stosunkowo wysoką temperaturą i minimalnym zachmurzeniem. Z tego właśnie brzegu – miejscowi z całymi rodzinami i powodu nie byliśmy jedynymi gośćmi na menażerią tłumnie wybyli na nadmorski piasek skutecznie przeganiając
odpoczywające na lądzie mewy z powrotem na wodę. Okazuje się, że dobre warunki atmosferyczne mają wiele wad z punktu widzenia ptasiarza – niektóre pożądane gatunki wolą bardziej niespokojną aurę, jak chociażby wypatrywana przez nas bezskutecznie mewa trójpalczasta Rissa tridactyla. Nic to – może uda się ją zaobserwować przy innej okazji albo w
przyszłym roku. Jak wiemy „nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło” i absencja
trójpalczastej koleżanki została zrekompensowana przez rezolutnie skaczące
po piasku wydm stadko śnieguł Plectrophenax nivalis.
Poza tym Pani Prezes przeprowadziła dla  nowych członków instruktaż rozróżniania pospolitych gatunków mew i w ramach samokształcenia każdego z nas, kazała J zapisywać nazwy obserwowanych gatunków po łacinie.

 

Akt II

Po przeczesaniu plaży dołączyliśmy do punktu obrączkarskiego prowadzonego przez naszych przyjaciół Magdę i Piotra. Pomimo niewielkiej różnorodności łapanych ptaków, udało się zaobrączkować wiele osobników i można było poćwiczyć chwyt oraz oznaczanie wieku na pospolitych gatunkach. Dla niektórych obozowiczów był to pierwszy kontakt z tą metodą badania awifauny i jest to niewątpliwie cenne doświadczenie.


   

Akt III

Kolejny cel obserwacji – niewielkie śródmiejskie, dzikie jeziorko i równinne tereny upraw buraków. Opuściliśmy plażę i ruszyliśmy
 w przeciwnym kierunku. Cofając się prawie do przystanku desantowego, skręcamy w uliczkę sąsiadującą ze wspomnianym jeziorem. Teren ciekawy zarazem faunistycznie i botanicznie – ziemia wokół porośnięta starym olsem, trzcinowiska i bogata linia brzegowa pozwoliła
na odnotowanie kilku gatunków. Idąc dalej w stronę plantacji buraków mijamy zagrodę strusi – pomimo naszej sympatii do tych poczciwych ptaków postanawiamy nie wpisywać ich na listę gatunków zaobserwowanych.  Spacer miedzą obfitował w drapieżniki i stadne wróblaki. Dzięki bystremu oku nowej koleżanki Agaty,myśliwej, udało się nie przeoczyć,spacerującego wśród wyschniętych traw, bażanta Phasianus colchicus.

 

Chór

Nie ma takich  warunków atmosferycznych, które nie dawałyby się we znaki po kilkugodzinnym pobycie w terenie. Zmęczeni i wywiani,
schodzimy do bazy, po drodze robiąc zakupy na wspólny obiad. A obiad okazał się być niezmiernie smaczny, sycący i łatwy w
przygotowaniu – pewnie dlatego, że przygotowaniem zajęli się głównie mężczyźni – kolega Jacek oraz kolega Paweł. Pulpa obozowa
nie musiała być spożywana tradycyjnie z jednego garnka wspólną chochlą. Zdobycze cywilizacji w postaci sztućców, talerzy, bieżącej
wody i płynu do naczyń umieszczone w pensjonacie, umożliwiły delektowanie się smakiem gotowanego makaronu w autorskim sosie pomidorowo-kukurydzianym z dodatkiem swojskiej Polskiej kiełbasy maczanej w oryginalnej indyjskiej curry (tak twierdzi producent na odwrocie opakowania) indywidualnie w prywatnej strefie wolnej od zakażeń meningokokami.

Cuda techniki wyszły nam naprzeciw raz jeszcze. Kucharka
Jagoda postanowiła wznowić powstały dwa lata temu zwyczaj
podawania poobiedniego deseru. Wykorzystując swój zmysł i
moc kuchenki mikrofalowej, przygotowała przepyszne
czekoladowo-kakaowe ciasto w pięć minut.
Resztę wieczoru wypełniła projekcja filmu przyrodniczego
„Rytmy Natury w dolinie Baryczy” oraz integracja wewnątrz i zewnątrz
obozowa.

Gośćmi pensjonatu oprócz ekipy KOSa były Panie
z Koła Gospodyń Wiejskich z Szymankowa/k. Malborka.
Mimo różnicy wieku między członkami tych dwóch
organizacji, znalezienie wspólnego języka nie stanowiło
żadnego problemu i wesoło spędziliśmy razem czas,
wymieniając się doświadczeniami i potrawami – KOS został
poczęstowany przez Panie ich przepysznymi daniami a
odwdzięczył się serwując wszystkim zebranym tradycyjny
turbokisiel. Potem odbyły się zawody w kalambury i
potyczki w nowej dyscyplinie – „Palcach w pralce”.

Akt IV

 Niedziela. Ostatni dzień wyjazdu i zarazem dzień powrotu. Czasu mniej niż dzień wcześniej, dlatego wymarsz w celu skontrolowania plaży następuje jeszcze wcześniej  – o 7. minut 45. Nadal nie udało się zaobserwować upragnionej Rissa tridactyla, ale lista zaobserwowanych w czasie obozu gatunków rozrosła się do ponad 50. Lepiej poszło obrączkarzom. Sieci okazały się bardziej bogate w różne gatunki i tak w nasze ręce trafił między innymi pełzacz leśny Certhia familiaris czy raniuszek Aegithalos caudatus. Mimo, że jest dość pospolitym gatunkiem, jego obecność w sieci zawsze cieszy naszą brać ornitologiczną. Trafiła się też sikora sosnówka Periparus ater i czarnogłówka Poecile montanus. Przy okazji udało się zainteresować obrączkowaniem kilku mieszkańców miasteczka – wśród nich były dzieci w każdym wieku oraz dorośli.


 

Epilog

Autobus powrotny przyjechał po nas przed godziną 15 i bezpiecznie odstawił do Gdańsk. Tobołki w
bagażniku ciążyły nam tak samo jak za pierwszym razem. Pomniejszone o jedzenie a powiększone o termiczną torbę izolującą z niezwykle ciekawą i arcytajną zawartością, tym razem zostały zaniesione do domów właścicieli przy pomocy siły nóg i barków.
Kolejny udany wypad!

 

Recenzja pióra Sekretarza Mazura 🙂

Jastarnia 2010, czyli dlaczego ta mewa ma taki agresywny ryj

 Czwartek, 11 listopada

Obładowani plecakami pojawiliśmy się w niepodległościowy poranek na gdyńskim dworcu SKM, skąd żółto-błękitny szynobus zabrał nas na Półwysep Helski. Z nie do końca jasnych dla mnie przyczyn większość prowadzonych w drodze dyskusji była bezpośrednio związana ze studiami, egzaminami, kolokwiami i innymi rzeczami, o których w wolnym czasie zdecydowanie powinno się zapomnieć. Nasza kwatera w Jastarni, w kategoriach obozowych okazała się niezwykle luksusowym miejscem. Nie dość na tym – pani gospodyni, dowiedziawszy się o niedawnych urodzinach Nagóra, obiecała upiec dla nas szarlotkę. Myśl o czekającej wieczorem pyszności dodawała nam sił przez całą resztę resztę dnia. Minął nam na rozłożeniu sieci w lesie oraz na intensywnym wpatrywaniu się w morze (w poszukiwaniu „raromisów”). Na wodzie jednymi z najliczniej reprezentowanych ptaków były mewy, dostarczające nieraz problemów identyfikacyjnych („co to za mewa, ma taki agresywny ryj…”). Ptaki nie łapały się specjalnie chętnie, ale przecież chodzi o jakość, a nie o ilość. Dlatego po wielu godzinach, w czasie których udało się schwytać zaledwie 2 rudziki, po południu mogliśmy zachwycać się oglądanymi z bliska czeczotką i samicą krogulca. Do tego doszła schwytana w porcie w Jastarni krzyżówka. W trakcie obserwacji nad Zatoką spotkaliśmy ekipę z Lublina z Sylwestrem Aftyką (pozdrawiamy!), zmierzającą w stronę Helu. Kiedy zapadające ciemności uniemożliwiły prowadzenie dalszych działań terenowych, rozpoczęła się część kameralna. Prezes Magda zaprezentowała swoje uzdolnienia kulinarne, komponując wysokoenergetyczną pulpę na bazie kaszy gryczanej i kukurydzy. Jeszcze wyższy poziom energetyczny posiadał przyrządzony przez Zuzę turbokisiel. Podładowawszy tem przyszła pora na kalambury, których nie da się opisać – je trzeba przeżyć. Nie każdemu było dane przeżyć podczas gry w Mafię, ale kilka tur dało szansę na w miarę szybkie zmartwychwstanie. Dzień zakończył się „Independence Party” w towarzystwie lokalnej młodzieży.

Piątek, 12 listopada

W piątek nastąpiła zmiana strategii obrączkarskiej – ilość też się liczy. W ramach jej realizacji nowa sieć stanęła w bezpośrednim sąsiedztwie naszej kwatery głównej. Lista gatunków obdarowanych blachami znacząco się wydłużyła (m.in. znalazł się na niej „zalatujący białogłową” srebrzak, pochwycony w jastarnianym porcie). Uparte wpatrywanie się w morze i w padający deszcz nie przyniosło spektakularnych sukcesów, choć np. markaczki i dwa przelatujące łabędzie krzykliwe były miłym akcentem. Po krzakach hasał niemal komplet krajowych sikor (nie zlokalizowaliśmy sikory ubogiej), a na wyższym pułapie przemieszczały się grupy dzwońców. Odpowiedzialność za obiad wziął dzisiaj Nagór, dzięki któremu mogliśmy się raczyć spaghetti a la bolognese. Zaspokoiwszy głód rozpoczęliśmy zaspokajanie potrzeb intelektualnych, które realizowaliśmy grając w Mafię. Kolejne rozgrywki pozwoliły nam na bezkosztowe podróże między Tadżykistanem, Irlandią Północną, wyspą Lesbos i Brazylią, gdzie lokalne siły zła walczyły z równie lokalnymi siłami dobra (ze zmiennym powodzeniem). Oczywiście w programie intelektualno – rozrywkowym nie mogło zabraknąć kalamburów, w których towarzyszyła nam Nucifraga caryocatactes, Grus grus i Rubus sp. Obie drużyny zostały wzmocnione zaciągiem miejscowej młodzieży, co okazało się niezwykle istotne dla wyniku konfrontacji (szczególnie w przypadku chochlika kornwalijskiego i Justina Biebera). Gwałtownie podwyższone zapotrzebowanie na glukozę (główna substancja odżywcza dla intensywnie pracującego mózgu) zaspokajaliśmy pysznymi plackami, jakimi poczęstowała nas nieoceniona pani gospodyni. Sobota, 13 listopada Większość dnia spędziliśmy podzieleni na dwie grupy. Jedna, pod wodzą Nagóra, liczyła ptaki na Zatoce Puckiej, natomiast druga (Lucyna, Ola, Jacek, Antek) eksplorowała port w Helu i jego okolice. Mimo zapowiadanego potężnego wiatru, warunki termiczne okazały się całkiem znośne. Największe stado ptaków wodnych schowało się w porcie wojennym, natomiast w cywilnym panowały pustki. Dzięki obecności Jacka od czasu do czasu przydawał się legendarny zielony kajet, dla ratowania którego Jacek był gotów nawet się „rozodziać”. Plaża na cyplu okazała się dobrym miejscem do obserwowania drapoli. Sytuacja była nieco dziwna, bo drapole nadlatywały niekiedy od strony morza, a mewy znad lasu. Znaleźliśmy się nawet w tej komfortowej sytuacji, że w polu lornetki jednocześnie pojawiły się myszołowy włochaty i zwyczajny, co dało okazję do bezpośredniego porównania. W tym czasie grupa liczeniowa… (i tu relacja szefa tejże, czyli Nagóra):

Dzionek zapowiadał się pozytywnie, gdyż pogoda wskazywała, że będzie ładnie, z wyjątkiem porywistego południowo-zachodniego wiatru wiejącego znad Zatoki. O dziwo, wszystkie zainteresowane liczeniem osoby wstały bez większych oporów, co mnie miło zaskoczyło. Po szybkim ogarnięciu się ruszyliśmy na stację PKP w Jastarni. Tam wytworzyła się intensywna rozmowa pomiędzy Magdą H. a Marcinem W. o lunetę, która zakończyła się bez rozlewu niewinniej krwi (mojej). Po krótkiej podróży polską koleją dotarliśmy do Władysławowa-Portu, gdzie pełni nadziei na pochwycenie jakiejś mewy wyruszyliśmy na łowy. Niestety, mewy nie pozostawiły nam złudzeń, że mają nas gdzieś i swój chleb możemy sobie wsadzić tam, gdzie słońce nie dochodzi. Po nieudanych próbach złapania i zaobrączkowania jakiejś mewy wyruszyliśmy na liczenie. Niestety, Zatoka nie zaskakiwała wielką ptasią różnorodnością i liczebnością. Ciekawa zagadka ornitologiczna spotkała nas w Chałupach, gdzie pływała młoda bernikla obrożna, oznaczona przez niektórych jako kokoszka wodna lub jakaś czarna kaczka. Mam nadzieję, że co niektóre osoby przed następnym liczeniem przejrzą przewodnik, aby więcej nie było zgadywania ptaków. No, ale w ostateczności, z małą pomocą, udało się oznaczyć berniklę. Potem było trochę lepiej z ptakami, gdyż pokazały się duże zgrupowania łabędzi, a także świstuny i gągoły. Odcinek zakończyliśmy w miejscowości Kużnica, gdzie ponowiłem próbę schwytania jakiegoś pierzastego stwora, ale niestety nie był to mój dobry dzień i poległem, gdyż ptaki zdecydowanie miały gdzieś moje starania. Powróciliśmy do Jastarni około godziny 14-tej.

Kiedy wróciliśmy do Jastarni, ekipa liczeniowa już na nas czekała. Po czasie wolnym nastąpiła gorąca dyskusja na tematy filmowe, której celem było wyłonienie propozycji do obejrzenia na wieczór. Wymiana argumentów zaowocowała ostateczną decyzję o wyborze „Co nas kręci, co nas podnieca” (ptaki, oczywiście – przyp. autora) Woody’ego Allena. Skumulowane wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że po seansie nie mieliśmy już specjalnie sił na cokolwiek i po dwóch turach „Mafii” udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, grzecznie odmawiając zaproszeniu na imprezę pożegnalną.

Niedziela, 14 listopada

Ostatni dzień obozu rozpoczęty dwoma wróblami i bogatką z sieci przy kwaterze. Potem większość osób ruszyła na pociąg do Helu, w którym powtórzono trasę z poprzedniego dnia, choć już bez dokładnego liczenia ptaków (część ludzi spieszyło się na pociąg, a była silna chęć dojścia do cypla). Dokładniejszym liczeniem pierzastych istot zajmowała się ekipa Nagóra, któremu w tym miejscu ponownie oddaję głos (a raczej pióro):

Drugiego dnia liczeń na odcinek Kuźnica – Jurata wyruszyłem z Marcinem W. i Dorotą S. (obie Doroty były S. – przyp. A.M), reszta osób wyruszyła na Hel. Pogoda tego dnia była odwrotnością pogody dzień wcześniej – tym razem było pochmurnie, ale bez wiatru. Taka pogoda sprawiła, że ptaki podpłynęły bliżej brzegu i było ich więcej, w sporej ilości pokazały się szlachary i gągoły. W Jastarni moi kompani opuścili mnie, gdyż spieszyli się na pociąg do domu. Ja natomiast wyruszyłem w kierunku Juraty, która była niedaleko (jedyne 3 km od Jastarni).Po drodze napotkałem trochę kormoranów na molo w Jastarni i spore stadko łysek (ok. 300 os..). Niestety przed samą Juratą złapał mnie niewielki deszczyk, ale na szczęście był to koniec odcinka. Udało mi się szybko dotrzeć na stację PKP i sam pociąg w którym spotkałem resztę ekipy powracającą z Helu.

W porcie jeszcze mniej ptaków niż w sobotę, za to na cyplu można było napatrzyć się na szlachary, lodówki, mewę małą, perkozy dwuczube i rogate. W spontanicznie zorganizowanej „Akademii pod Wydmą” odbył się wykład na temat rozpoznawania szlachara i nurogęsi oraz dwóch gatunków myszołowów (wiedza słuchaczy została w drodze powrotnej sprawdzona przez Nagóra, który dosiadł się w Juracie) Dzięki turboprzyspieszeniu (organizmy nie usunęły jeszcze całego ładunku czwartkowego turbokisielu) wszystkim udało się zdążyć na wcześniejszy pociąg do Jastarni. Tupiąc jak dobrze wyszkolony oddział wojska minęliśmy m.in. 2 rzepołuchy, a po dojściu na dworzec tygrysim skokiem zaokrętowaliśmy się na pokładzie naszego wehikułu. Dzięki wcześniejszemu powrotowi do kwatery mogliśmy spokojnie doprowadzić ją do stanu używalności. Żałując, że to już koniec czterodniowej przygody, ruszyliśmy na dworzec, skąd pociąg zawiózł nas do Gdyni. Ostatnim wspólnie podziwianym widokiem był obłędny, złoto-purpurowy zachód słońca. Po dotarciu na miejsce nastąpiło grupowe pożegnanie, a potem każdy udał się w swoją stronę.

  • Tekst: Antek Marczewski (Pradziad Tutek)
  • Główny organizator obozu: Magda Hadwiczak
  • Obrączkarz: Pior Nagórski (Nagór)
  • Pozostali uczestnicy obozu: Marta Nowacka, Ola Niemc, Zuza Pestka, Dorota Sawicka (Dolores), Dorota Sochacka, Monika Wróbel, Beata Waśko (3 dni), Lucyna Wojas (2 dni), Jacek Mazur (Mistrz Jac), Marcin Węsiora

1. Lista gatunków obserwowanych w czasie obozu

1.    Łabędź niemy
2.    Łabędź krzykliwy
3.    Gęś białoczelna
4.    Bernikla obrożna
5.    Krzyżówka
6.    Świstun
7.    Ogorzałka
8.    Czernica
9.    Edredon
10.    Uhla
11.    Markaczka
12.    Lodówka
13.    Gągoł
14.    Szlachar
15.    Nurogęś
16.    Perkoz rogaty
17.    Perkoz dwuczuby
18.    Kormoran
19.    Czapla siwa
20.    Krogulec
21.    Myszołów
22.    Myszołów włochaty
23.    Łyska
24.    Śmieszka
25.    Mewa mała
26.    Mewa pospolita
27.    Mewa srebrzysta
28.    Mewa białogłowa
29.    Mewa siodłata
30.    Rybitwa czubata
31.    Sierpówka 
2.    Dzięcioł duży
33.    Rudzik
34.    Kwiczoł
35.    Droździk
36.    Paszkot
37.    Kos
38.    Mysikrólik
39.    Bogatka
40.    Modraszka
41.    Czarnogłówka
42.    Sosnówka
43.    Czubatka
44.    Pełzacz leśny
45.    Sroka
46.    Kawka
47.    Sójka
48.    Wrona siwa
49.    Gawron
50.    Kruk
51.    Szpak
52.    Wróbel
53.    Mazurek
54.    Zięba
55.    Czeczotka
56.    Czyż
57.    Rzepołuch
58.    Dzwoniec
59.    Trznadel
60.    Szczygieł
61.    Gil
62.    Grubodziób 

2. Zestawienie gatunków zaobrączkowanych podczas obozu

11.11
ERITHACUS RUBECULA (Rudzik) – 2
ACCIPITER NISUS (Krogulec) – 1
CARDUELIS FLAMMEA (Czeczotka) – 1
ANAS PLATYRHYNCHOS (Krzyżówka) – 1

12.11
TURDUS MERULA (Kos) – 2
PARUS MAJOR (Bogatka) – 7
PASSER DOMESTICUS (Wróbel) – 3
REGULUS REGULUS (Mysikrólik) – 3
ERITHACUS RUBECULA (Rudzik) – 2
CERTHIA FAMILIARIS (Pełzacz leśny) – 1
PARUS MONTANUS (Czarnogłówka) – 2
PARUS CRISTATUS (Czubatka) – 1
LARUS ARGENTATUS (Mewa srebrzysta) – 1

14.11
PASSER DOMESTICUS (Wróbel) – 2
PARUS MAJOR (Bogatka) – 3
PARUS CAERULEUS (Modraszka) – 1

 

Obóz J.Udzierz maj 2009

 Relacja z obozu w rezerwacie „Jezioro Udzierz”

Szczegóły obiektu rez. J.  Udzierz

Celem zachowania zróżnicowanej gatunkowo i ilościowo ornitofauny, flory oraz interesujących zbiorowisk roślinnych, także części otaczających je szuwarów, torfowisk i łąk, w 2000 roku utworzono rezerwat „Jezioro Udzierz”. Samo jezioro położone w oddaleniu od ruchliwych dróg, trudno dostępne jest bardzo dogodnym miejscem lęgów i odpoczynku licznego ptactwa.

Szata roślinna liczy ponad 500 gatunków roślin naczyniowych. Całkowita powierzchnia rezerwatu wynosi 229,88 ha.

Rezerwat chroni zarastające zeutrofizowane jezioro jako ciekawy obiekt badań ornitologicznych. Przybywający mają możliwość zobaczyć rzadkie ptactwo wodne: gęś gęgawę, żurawia, bąka, perkoza, łabędzia niemego, cyraneczkę i wiele innych. Z ptaków drapieżnych – orła bielika, trzmielojada, gołębiarza, krogulca, sokoła wędrownego, kobuza, rybołowa, kanię czarną i błotniaka stawowego oraz bogatą szatę roślinną. Jest to rezerwat florystyczno – ornitologiczny. Rezerwat jest dla ptaków wspaniałym siedliskiem, wprost rajem. Kto ze zwiedzających raz obejrzał rezerwat, będzie do niego wracał.            

Relacja z obozu 

Obóz trwał od 30 kwietnia do 3 maja. Z powodu bardzo krótkiego długiego weekendu majowego nie można było przedłużyć okresu trwania obozu jak również i nie było możliwości osobowych na jego przedłużenie. 

            Miejsce obozu nie zostało przypadkowo wybrane, gdyż J. Udzierz jest niesamowicie ciekawym miejscem ornitologicznym, dlatego też podczas obozu były robione liczenia ptaków oraz chwytanie i obrączkowanie ptaków wróblowych. Udało nam się złapać 39 ptaków z 13 gatunków, jak na dwa dni łapania to całkiem niezły wynik tym bardziej że łapanie było bardzo spontaniczne.

 

Lp.

Nazwa

Ilość

1

Piecuszek

12

2

Kapturka

8

3

Potrzos

3

4

Trznadel

3

5

Czarnogłówka

3

6

Pliszka siwa

2

7

Piegża

2

8

Cierniówka

1

9

Szpak

1

10

Kos

1

11

Pleszka

1

12

Brzęczka

1

13

Rudzik

1

 

            Podczas trwania obozu również liczyliśmy i obserwowaliśmy ptaki wodno-błotne takie jak: perkoz dwuczuby, perkozek, perkoz zausznik, krzyżówka, gągoł, głowienka, czernica, płaskonos, czapla siwa, czapla biała, bąk, łabędź niemy, łabędź krzykliwy, gęgawa, żuraw, rybitwa białoskrzydła, rybitwa czarna, rybitwa rzeczna, śmieszka, bielik, błotniak stawowy, myszołów, kobuz i wiele innych.

            Wielkie podziękowania dla Eweliny Kurach za to że zechciała obrączkować na obozie oraz dla Andrzeja Skwiercza za przywiezienie sprzętu na obóz. W obozie wzięli udział: Magda Hadwiczak, Marcin Węsiora, Ania Słonina, Wioleta Weisbrołt, Andrzej Skwiercz, Marta Moszczyńska, Jacek ?, Radek Pyrka, Marta Glama, Jowita Kurach i Piotr Nagórski

            Myślę że nie ma co wiele opowiadać o obozie po prostu pooglądajcie zdjęcia z obozu:

 

 

Obozowisko

Bogatka (Parus major)

Widok na Jezioro Udzierz

Nauka obrączkowania

Ewelina Kurach przy pracy

Trudy obozowego życia 🙂 zwiedzamy okoliczne tereny

Pleszka (Phoenicurus phoenicurus)

Kos (Turdus merula) w rękach KOSiarzy 🙂